Ostatnio bardzo dużą część czasu własnego, spędzam na rozmowach. Ogrom słów wypływa ze mnie niczym kręta serpentyna bądź konfetii - mimowolnie. Słowa odkąd sięgam tylko pamięcią miały dla mnie mistyczną moc, wartość przenoszenia gór między ludźmi. Najbardziej lubiłam te przemyślane wyrazy i szyki zdań. Dlatego, że później echem odbijały się w mojej potylicy... Słowa pisane, czy słowa mówione? Mówione miały tą magię, mogły przybrać dowolny kształt imaginacji za pomocą dźwięku. Ceniłam głos. Stałam się -pół wieku temu- ogromnym estetą. Głos musiał być zadbany jak najlepsza para butów. Musiał pasować do człowieka, być równie ścisły z nim co jego własna skóra... Musiał sprawiać, że jego słuchanie było moją kolejną przyjemnością, tak abym pragnęła - więcej słów.
Kiedy głos był drażniący, zaczynał mnie drażnić i człowiek. Jednak - najbardziej lubiłam zaskoczenia, kiedy mężczyzna otwierał usta i od pierwszego dźwięku, tonu, tembru jego głosu... kąciki moich ust wznosiły się ku górze. Zaskoczenie głosem zawsze było moim i tylko moim zaskoczeniem. Tak było z Piotrem dwa. Nigdy nie zapomnę jak osiem lat temu, spotkaliśmy się na jednej z ulic naszego rodzinnego miasta i w momencie kiedy się ze mną przywitał, miałam to coś w oczach co zdarza się, każdej nastolatce zapatrzonej w starszego chłopca. Przez osiem lat nasze drogi różnie się rozjeżdżały, ale nie podważalnie od ośmiu lat bez względu na burze i pioruny (które niewątpliwie były) zawsze te drogi, w którymś punkcie łączyła rozmowa. Znowu jesteśmy starsi. I dalej jego głos przechowuje moja pamięć. Wczoraj go widziałam. Zobaczyła go też Majka. Obydwie się ucieszyłyśmy, nawet jeśli było to tylko widzenie Internetowe... to i Zośce zrobiło się cieplej na sercu. Każda z nas kochała jego blizny po garnku gorącej wody i wycięciu wyrostka... I to, że u niego słowa były na wagę złota. Nie szastał nimi na prawo i lewo a ja lubiłam na nie czekać, bo wiedziałam, jak bardzo ich wydźwięk będzie wyważony.
Wczorajsza rozmowa była wyważona. Była smaczna. Najadłam się nią po same brzegi! Między nami wszystko od zawsze działo się w zwolnionym tempie... wczoraj żartobliwie stwierdziliśmy, że w tempie najmniejszego ślimaka tego świata, miało to sens. Za co Piotr dwa był moją pierwszą miłością? Za rozsądek i ciepło słów, że moje serce zawsze znajdowało złoty środek wyciszenia huku miasta i spraw. Przyjaźń z nim była szarpana i ciągła, miała tyle lata i zapowiadało się, że będzie miała jeszcze kilka. Majka oddała mu wszystkie silne emocje i serce "trusia" dla niego miała, nie ważne kto był na pulpicie Piotr dwa zawsze był powagą naszej sytuacji - słuchałyśmy, mówiłyśmy, czekałyśmy z pomocą w zanadrzu. Miał tą cierpliwość, żeby okiełznać bałagan, który roztaczałyśmy nadekspresją. Miał cierpliwość słowa.
Potrzebowałam tej rozmowy a on wiedział, że jestem w tej potrzebie. Znał mnie tak dobrze, jak mój starszy brat Kuba. Znał też Majkę i Zośkę, i co więcej - umiał z nimi prowadzić dialog. A więc - dał nam dialog wczorajszej nocy i jak dziecku, wytłumaczył wszystko... krok po kroku bez wzburzenia; sprawił, że pierwszy raz od kilkunastu dniu wstałam lżejsza.
* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - czy Wy też widzicie to słońce?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz