piątek, 27 grudnia 2013

Ten człowiek miał w sobie coś takiego, że odganiał nawet największe chmury niepowodzenia. Mojego niepowodzenia. Sprawiał, że uśmiech sam mimowolnie gnał po twarzy i wprawiał w zawieruszenie myśl tysiące. Lubiłam spędzać czas z Marcinem. Nie wiem czy to kwestia bycia w tym samym punkcie zwrotnym życia - bo na pewno byliśmy w podobnym miejscu, z podobnych przyczyn, ale o innych defektach czasu. I zapewne miało to duży wpływ na jego ocenę, ale lubiłam czas - luźny i swobodny, i brak osamotnienia w tematyce własnej rzeczywistości. Momentami myślę, że jest bardzo podobny do mnie - tu i teraz. Spisywał się w byciu opoką, był moją opoką odkąd zaczęłam walkę z rozżaleniem za Piotrem.

Zaczynałam małą batalię z tęsknotą za kimś, kogo teoretycznie znałam miesiąc. Przez miesiąc teoretycznie nie możesz wiedzieć o człowieku zbyt wiele, ale przy bacznej obserwacji... można wyciągnąć konstruktywne wnioski, moje wnioski zostały przesłonięte zauroczeniem i wstępnym przywiązaniem. Powoli dostrzegam rację w realnym prawidle - zabrane zabawki najdłużej siedzą drzazgą w sercu. I siedzą, fakt. Wróćmy do miesiąca, śmieszne, że przez tak krótki okres można tak bardzo rozwodzić się nad faktem straty - wiem. Przestałam poznawać przez to siebie. Po Karolu miałam mocne zaburzenia własnej osobowości, nie bardzo wiedziałam kim jestem i jak się nazywam, z czego zostałam zbudowana i jaki posiadam charakter w starciu z burzą w szklance wody. Chwilę temu zaczęłam siebie odnajdywać i spotkałam Piotra, teraz powtarzam własne kroki sprzed roku i rozdrapuje analitycznie sytuację skuchy. Zauważyłam jednak jedną zmianę, szybciej się podnoszę i trochę więcej rozumiem... Więcej to znaczy o ile więcej? Na pewno nie o tyle, aby przestać go potrzebować w tym momencie, ale o tyle więcej aby zacząć rozumieć, że ta potrzeba jest we mnie: tu i teraz, a tu i teraz - codziennie może być inne.

Chciałabym, żeby było inne skoro nie może być takie jakim pragnę.

Siedzę teraz w najmniejszym z pomieszczeń mojego domu, które nie nazywam swoim pokojem a swoją pracownią - wszystko w niej powstaje, każdy tekst, każda myśl, każde zwątpienie, każda melodia... dosłownie wszystko. I opierając się na kultowym i ponad przełomowym Łuczniku|1301 spod którego nacisku klawiszy powstają wiersze do szuflady... patrzę na kubek pozostały po dzisiejszej porannej wizycie Marcina i jestem mu wdzięczna, za każdą szczerą rozmowę.

Pamiętam jak jeszcze chwilę temu sprzeczaliśmy się o kształt i formę naszej przyjaźni, dziś muszę przyznać, że jego bycie obok to moja przyjemność. Dobrze, że w dniu tej sprzeczki nie obruszyłam się jak to ja z nawyku potrafię i nie poszłam w drugą stronę. Cholernie dobrze.


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - niemoc i wycena.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz