poniedziałek, 6 stycznia 2014

Był Olaf. Zauważyłam, że przestałam sobie pozwalać na emocje w jego otoczeniu. Popuszczenie tych lejców, kończyło się moim własnym, tłumionym szlochem. Dzisiaj je puściłam wolno... Zapytałam o wszystko, czego do tej pory nie chciałam słyszeć dbając o własną strefę komfortu i powiem tak: nasłuchałam się. Aż nadto. Leżeliśmy obok siebie na twardej posadce mojego pokoju i trzymając się za ręce niczym dzieci w klasie podstawowej, cieszyliśmy się tą chwilą. Radość jednak niepostrzeżenie mi umknęła. Kiedy zaczęłam się dociekliwie wsłuchiwać w jego słowa. Chociaż... czego mogłam się spodziewać, po dorosłym mężczyźnie z bagażem doświadczeń i kobietą wpisaną w rejestr jego ostatnich dwóch lat? Dużo mi nie pasowało. Często chciałam wypchać go za drzwi i wrócić do pierwotnej formy naszej relacji, zanim... zaczęło robić się zbyt gęsto. Zagęszczenie tej herbaty - to nasza wspólna specjalność. Chyba, beztroskie życie było zbyt beztroskim i dodaliśmy dwa do dwóch, tworząc potężną matematyczną zagadkę, której rozwiązaniem nijak... było cztery.



Lubiłam komplikacje. Ceniłam życie niezbyt proste, niezbyt banalne. A teraz? Chwilami tęskniłam za zbanalizowaniem i zmacerowaniem relacji interpersonalnych. Olaf powiedział coś, po czym zagotowała a dokładnie... zawrzała we mnie krew, do tego stopnia -komicznie jak komicznie- weszłam samodzielnie na stół aby sprawdzić przepaloną żarówkę w kuchni. Kompletnie, nie miałam ochoty aby jego męskie ego mogło zająć się ta błahą sprawą, mimo iż byłam zbyt małą jednostką żeńską aby żarówkę sprawdzić z perspektywy drewnianego krzesła. Kiedy tak stałam i wykręcałam to badziewie, miałam ochotę wykrzyczeć wszystko co zalegiwało na mojej ociężałej ostatnio wątrobie, ale z drugiej strony... ceniłam jego pokorę przy mojej wredności organizmu. Nie doceniłam jednak siebie. Kiedy przestałam się zabawiać w elektryka a Olaf, mocno wstrząsnął moim ciałem i zmieszał jednocześnie to czego mieszać być nie powinien. Wybuchłam. Eksplozja nie wiem, czy przyszła niespodziewanie bo byłam na nią gotowa. Otworzyłam drzwi do domu i kazałam mu zbierać manatki i dosłownie... wypierdalać!

Ulżyło mi.

Na tyle, że szybko zmieniłam ubranie na zestaw do biegania i poszłam 'jak długa'...

Dawno tyle nie biegłam.

Wróciłam do domu, odczytałam wszystkie zalegające komunikaty Olafa. I zmiękłam w złości. Odpisałam. Ale teraz siedząc rozdarta między kuchnią pełną znajomych a zaciemnionym pokojem-własnym, myślę... kiedy w tej całej sztafecie życia tak bardzo się zagalopowałam. Bo przecież (tak dziś powiedział mój starszy brat) na najlepsze... czasem czekamy dłużej niż chcemy czekać. To był mój problem. Mój. Tylko i wyłącznie mój. Nie umiałam oddawać spraw w ręce czasu - chciałam wszystko na już nie na zaraz. Karol zostawił we mnie dziurę. Ta dziura sprawiała, że czas to była tylko kropla w morzu moich własnych potrzeb, za które nijak... nie wiedziałam jak się zabrać. Nie raz i nie dwa - zakasałam rękawy ku tym porządkom i ? I jak widać. Dalej mam burdel wokół własnego łóżka.

Płakałam. Ale nie... za Olafem, czy Karolem. Trochę myślę, że za Piotrem. Ale najbardziej jednak - za sobą. Za tą sobą, która potrafiła 'obejść się bez portek'. Czego tak bardzo chciałam? Stabilności. Ale nie wiedziałam jeszcze tego dzisiaj, dnia siódmego stycznia - że stabilność można osiągnąć w pojedynkę. Dnia siódmego stycznia, wydaje mi się (to jeszcze trochę) mało realne i mierzone na wyrost.


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - posucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz