Olaf nauczył mnie, że troje to tłok - prędzej czy później, zapchany przedział okazuje się zbyt ciasny dla trzech osobowości. Początkowo nie przeszkadza ci, że ktoś zagląda przez twoje ramię ani równo z tobą oddycha, wręcz cię to bawi. Ale z każdą minutą nierównomierne oddechy to męczarnia dla uszu. Próbujesz oddychać w ten sam takt, zrobić zbliżony wydech a wdechem pożreć tą drugą osobę. Przy trzech brakuje ci miejsca aby płuca normalnie funkcjonowały. Dusisz się i krztusisz, z każdym momentem nieuniknionej bliskości... na którą -uwierz mi- nie masz ochoty. Przestaje być zabawnym niewinne ocieranie dłoni i prowokacyjne gesty rozdawane ukradkiem.
Przestaje cię to bawić, kiedy uświadamiasz sobie, że nadchodzi bliskość. Nie ta, która zbliża do siebie ludzi zasiadających na wspólnej kanapie, ale ta - która zacieśnia więzy. Zośce i Olafowi zacieśniła - pętle na szyi. Zośka się dusiła. Nie przyznawała się do tego, ale były dni, kiedy spanikowana szukała inhalatora wolności. Razem z Zośką czułam rozdarcie. Przypominałyśmy sobie przy kuchennym stole wszystkie momenty z życia przy lewym boku Olafa, bo prawy był zajęty. Prawowicie zajęty. Czuję wściekłość Olafa. Czuję ciężki oddech na swoim karku, mimowolnie próbując go odgonić dłonią - nic z tego. Zośka siedzi po drugiej stronie stołu i widzę, jak w jej oczach goni satysfakcja. Że miała rację. Że się nie pomyliła. Że... wyszła obronną ręką, odbijając tą pierdoloną piłeczkę ironii wszechświata. Olaf był jej. To był jej problem tyle, że Zośka nigdy nie bała się jutra. Czasem wierzgała nogami w łóżku, nie idąc spać... bo tak łapczywie wyczekiwała tego co przyniesie kolejny dzień tygodnia. Dzisiaj nie bała się konsekwencji, szybowała. Mnie z kolei powietrze zmroziło policzki. Ożywczo je zmroziło. Pewnie postawiłam drugi krok wychodząc z klatki, pierwszy... był jeszcze próbą odwrotu do wyjścia. Ale jedyne czego nauczył mnie Olaf to, to - że odwrotu nie ma. Przynajmniej nie, kiedy trzaskasz drzwiami i ciągniesz za sobą walizkę pełną racji. Majka myślała, że Grzegorz pobiegnie za nami, jednak drzwi okazały się zbyt ciężkie dla dłoni Grzegorza. Więc wróciłam do domu, pozostawiając Majkę na pastwę losu. Droga się dłużyła i dłużyła... czekałam, aż śnieg zasypie ślady moich stóp i wytłumaczy mi, jak łatwo można się pogubić we własnych krokach; że można ich nie zliczyć, albo nie zauważyć. Pogoda (nie tylko atmosferyczna, ale i...) serca - zmienia wszystko, doszczętnie. Pustoszy, ale i umacnia, buduje... zbiera ze zgliszczy awantury.
Kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam Olafa, usiadłam na krańcu krzesła... obserwując jak Zośkę pogania trwoga. Nigdy nie widziałam trwogi na jej twarzy. Ani tym bardziej złamanej władzy. Olaf niecierpliwie poprawiał okulary, zgniatając własne palce. Popatrzyłam na niego wzrokiem przepełnionym Majki westchnieniem i wiedziałam, co będzie następne. Wiedziałam to od kilku dni. Kiedy Zośka nieopatrznie odsuwała się milimetr po milimetrze na ich wspólnej kanapie. Oddaliśmy sobie wszyscy dziś wolność. Wolność, która piecze w gardle. Połykałam łzy. Patrząc jak Zośka pierwszy raz od dawna ukazała zalążek smutku, Olaf też to zauważył. Mocno ją przycisnął...nawet wtedy kiedy się szarpała jak ptak łapany w potrzask. Trzymał ją dotąd, dopóki nie złagodniała... Pożegnania są trudne, zwłaszcza kiedy wiesz, że nie będzie już od nich odwrotu. Wiedziałam jakie jest życie Olafa. On wiedział... że im dłużej będzie nas trzymał przy sobie tym mocniej będzie poddawał się niezdrowemu szaleństwu. Raniliśmy siebie wzajemnie. Ironia za ironią, szyderstwo za szyderstwem i przeraźliwa tęsknota - niczym... dosłownie niczym niewytłumaczalna.
Potrzebowałam kogoś, kto w takiej amplitudzie mojej jaźni, pójdzie za mną i mocno wstrząśnie. Złapie za oba ramiona i wstrząśnie moim zachowaniem, dotrze do wewnętrznego chłodu i przy pierwszych roztopach wyciągnie... istną wiosnę. Sprzeczną zza okienną zimą. Ja - byłam sprzeczna. Bałam się utraty, ale musiałam złapać za kołnierz dzisiejsze przekonanie i zobaczyć... jak zachwieję własną rzeczywistością z moją racją niebywałej awanturnicy.
Pożegnałam Olafa. Odprowadziłam wzrokiem do drzwi, którymi pierwszy raz przekroczył próg mojego serca. Miał skubany moje serce. Jego ciepło i troskę. Miał też serce Zośki, tylko Majka... ciągle mu się wymykała. Spadała przez palce, czekając na coś zupełnie innego...
... Doczekała się tego. Pozwalając mi we własnej bezradności zamknąć mu drzwi przed nosem. Była na mnie zła. Była naburmuszona i zamarzła, właśnie w tym momencie... na skwerku pod kamienicą. Za nic w świecie nie chciała wejść do tego samego pomieszczenia, gdzie byłyśmy dwie i widziałam... że nawet Zośka zrozumiała, kto powinien dzisiaj zmieniać zimę mojego serca.
I nie był to Olaf.
* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - darowana wolność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz