piątek, 10 stycznia 2014

Jedenasty stycznia. Obrałam ten dzień, za dzień przełomu. Dzień zmian. I rzeczywiście od kilku dni - dzieje się. Pierwszy raz od dłuższej chwili zaczęłam myśleć o sobie jako pierwszorzędnej sile sprawczej, bo to ja mogę sprawić, że wszystko pójdzie w jakimś kierunku. I sprawiam... odsiewam tak zwane: ziarno od plewu; rzeczywiście to robię w makulaturze relacji. Czuję się jak podczas wykonywania swoistego rachunku sumienia, chociaż tak dawno go nie robiłam. Moja głowa rozpisała relacje na elementy pierwsze. Zostawiła też coś po przecinku... Majka i Zośka siedziały bacznie przyglądając się moim kalkulacją i z niedowierzaniem milczały. Czemu nie dowierzały? Podobnie jak ja, nie myślały, że się w końcu za to zabiorę.


Zaczęłam od obcięcia włosów. Jestem lżejsza o piętnaście centymetrów, chociaż dalej są one piekielnie długie. Mimo to - dostrzegam różnicę, miałam w zamyśle krótki romans z innym kolorem, ale tak bardzo kochałam siebie naturalną, że chwilowe kaprysy sprzątnęłam pod wycieraczkę. Mogłam być szalona -owszem- ale mogłam być też szalona na milion innych sposobów. Miałam takowy zamiar... szaleństwem zmyć luksus rozczarowania. Czy szaleństwo można nazwać szaleństwem jeśli jest wyważone w zamyśle i swoim rozmachu? M o ż n a.  Nie ukrywam, że z lekkim poddenerwowaniem wyczekiwałam tego dnia, miał to być dzień sądu, chociaż wyrok już dawno poznałam. Dałam Piotrowi czas do namysłu i podjęcia działania, jak widać... był równie zwiotczały jak co niektóry penis. Mały, śmieszny siusiak. Męski kodeks powinien wymagać odwagi i siły charakteru aby przyjść, pojawić się pod drzwiami kobiety, którą chwilę temu się penetrowało... i wytłumaczyć. Dać jej szczerą rozmowę, a nie - szczeniacki kontuar. Czy można męskiego kodeksu wymagać od chłopca? Z dniem jedenastego stycznia miałam zamiar wytańczyć resztki Piotra, wypocić jego obecność do cła. Otoczenie coraz częściej stawiało mi za dowód obraz innych, że nie tak - powinien wyglądać start do czegoś wielkiego; nie powinien pachnieć ten start ciągłym, ociężałym lekceważeniem.

To była chwila na - dość.

Chwila na wyznaczenie granicy dla poszanowania własnej suwerenności.


Ziarno od plewu, ziarno od plewu... ziarno od plewu! 


Muszę się do czegoś przyznać. Sama przed sobą chyba najbardziej. Pierwszy raz w życiu zaczynam doświadczać tak rozległego uczucia troski. Zalewa mnie troska niczym krew jasna-nagła... kiedy jestem obok Marcina. Dzisiaj w drodze do Krakowa dużo milczałam. Miałam kompletny letarg w głowie i niemoc w zebraniu myśli, składnia wałęsała mi się między nogami - nie mówię tutaj o okolicach ud, raczej kostek... czekałam aż zaliczę spektakularną wywrotkę. Czułam się z tym źle? Milczałam i myślałam. Że coraz częściej jestem jego plecami, miękkim lądowaniem, głupią... poduszką powietrzną z wbudowaną troską. Troska mnie kołysze do snu. Tak.


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - radykał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz