środa, 29 stycznia 2014

Kiedy dużo się dzieje, jestem szczęśliwa. Natłok wydarzeń i wrzucenie siebie w ten kołowrotek mielący informacje to istne szaleństwo. A szaleństwo smakuje. Oblizujesz po nim palce i chcesz (w zwyczaju) mieć go pod dostatkiem. Podobno obżarstwo to jeden z grzechów głównych... Boże przebacz bo grzeszę codziennie; błagając - o jeszcze jedną łyżkę, jeszcze jedną... miskę. Szaleństwo nie syci, chociaż znam przypadki kiedy bolał mnie od niego brzuch. Ostatnie dni.

Ostatnie dni to machina do produkowania waty cukrowej w kolorze euforii. Ten mężczyzna stoi pod mym domem i dzień w dzień o różnych porach daje mi kolejny kłębek słodkiego przysmaku. Nie mówię nie, bo podobno mam problem z asertywnością od kilku miesięcy - ale nie mówię nie, bo polubiłam mieć lepkie usta od śmiechu. Zalewałam ciało ciepłym sokiem przyjemności i chodziłam po dokładkę. Odcinek pokój-kuchnia naliczał kolejny kilometr. Majka podskakiwała za mną niczym rozochocone szczenie. Widziałam jak coraz częściej  podawała mu kolejny kawałek tortu niczym nieposkromionej radości. Czułam się zazdrosna, kiedy widywałam ich razem przez szparę między drzwiami. Chciałam być w tym samym miejscu, a jednak wzbraniałam się przed kolejną fascynacją. Za to Majka... Majka powoli dawał upust swoim oczom. Spoglądała kątem i czułam... czułam przez ten lufcik uchylonego okna, jak radość tańczy na jej rzęsach. Dalej wzbudzało to we mnie zazdrość. Że ona może a ja się wzbraniam. Więc siedziałam z Zośką, która kołysała nogą w takt wspólnych rozmyślań. Zośka była sceptycznie nastawiona do tej pędzącej machiny, który ani na chwilę nie zwalniała obranego kursu, pędu... a tym bardziej emocji mielonych przez jej trybiki. Gestykulowała w rozmowie ze mną, co chwila pukając się w głowę. Gdzie racjonalizm, czy euforia na prawdę pożarła go wraz z dzisiejszym śniadaniem? Lodówka nie była pusta. Była przepełniona. Pękała w szwach od sprezentowanych nam różności. Ale... tylko Majka sięgała po nie bez lęku. Ja selektywnie dobierałam. A Zośka? Zośka wszczynała głodówkę.

Co było z Zośką nie tak? Ona jedna najmocniej z nas wszystkich pamiętała ostatnie karty żywnościowe. Chodziłyśmy do różnych stołówek i nabawiałyśmy się... choroby serca. Zośka nie chciała kolejnych infekcji, nawet tych najdrobniejszych jak pierwsze kichnięcie. Więc siedziała zatrwożona, kiedy Majka tańczyła za rękę z uniesieniem. Do tego wszystkiego dochodzę jeszcze - ja.


Ja...

Nie wiem jeszcze jak go nazwiemy. Ciągle się zastanawiam - jakie nadać mu imię i miejsce.


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - jedzenie w łóżku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz