piątek, 31 stycznia 2014

Zdecydowana chmur melancholia zebrała się nad moją głową. Albo biometr staje się niekorzystny, albo jestem niestabilna emocjonalnie dla drugiej osoby. Pamiętam, jak Karol krzyczał: że jestem jego statecznikiem; rzeczywiście nim byłam. Urzeczywistniałam wszelkie cechy jego górnolotnych pobudek i byłam pomostem między marą a przyszarawą rzeczywistością. Na Karolu się skończyło budowanie mostów i domów z solidnego betonu... Wszystko co ciepłe zostało wtedy zakopane przy garażu sentymentów. Pamiętam - klęczałam na brudnej glebie z rękami po łokcie umocowanymi w ziemi... robienie dołu nie miało końca. Nie miało też sobie równych. Później chodziłam tą drogą wokół cmentarza własnych istnień i modliłam się, żeby nigdy nic z niewdzięcznej dziury nie ujrzało światła dziennego. Na Karolu się skończyło i razem z Karolem odeszło.

Kiedy wczoraj odchodził Olaf, ostatni wers jego skrupulatnie dobranego monologu był niejasny. Dzisiaj... kiedy to mnie oddelegowano dobitnie zrozumiałam brzemię tych słów - Olaf był kurewsko nieomylny.

Mam żal do Olafa. Że nauczył mnie pakować walizki i odchodzić, ale nie nauczył przy tym tamować potoku łez. Więc się pakowałam... bo wiem czym dla mnie smakował Grzegorza telefon, znałam to lepiej niż mogłam przypuszczać. Wiedziałam też, co będzie następne w kolejności... i wolałam uniknąć stania w kolejce po darowiznę solidnego kopa w dupę.

I pojawił się Marcin. Wydarł z moich rąk ubrania, pokój omiótł tuman złości. Uklękł w tym samym miejscu, w którym uciekał przez palce mój rozgardiasz. Zaczął go zbierać. Siedział tak długo póki nie przestałam szlochem zamiatać resztkę ubrań... i czułam to politowanie, które nienawidziłam. Puściła tama, kolejna i dobrze. Jesteś bardziej ludzka... i dobrze. Nie czułam się dobrze. Majka przeszukiwała pokój za paczką papierosów. Zośka donośnie klnęła. Strasznie chciałam, żeby ktoś oswoił Zośkę.... a teraz widzę, że stanie się moją frustracją, moim błędnym kołem tęsknoty. Marcin siedział. Patrzył co dzieje się z całą trójką i rzucił w kierunku Majki papierosem, wyszczerzyła zęby. To Majka... mnie przytuliła. Wisiała nade mną niczym jedna z chmur i powolnym ruchem głaskała włosy.

Nie chciałam tego wszystkiego. Chciałam zniknąć. Zapaść się pod ziemie jak kilka miesięcy temu wstecz Karolowe wspomnienia. Gleba była zamarznięta i zapaść się nie mogłam. Więc zwinięta w kłębek własnych myśli, nie odwracałam głowy w stronę lustra - znów się bałam, co tam zastanę.


Miałam czas. I z czasem miałam problem. Uważne czytanie mnie pokazuje, że nie czekam bo nie jestem nauczona sztuki czekania. Każda próba uczenia mnie czekania w niepewności - powoduje - że od miecza niepewności giniemy. Ja, Majka, Zośka i ofiary poboczne.

Pękła tama. Pękła pierwsza kiedy go spotkałam i każda kolejna z dnia na dzień.

Liczy się: tu i teraz, do wieczora. Później - później niech czas przepada. Niech się chromoli zegarek...


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - pękła tama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz