Czuję, że znowu pożera mnie otchłań. To tak jakby czeluść sięgała po człowieka i twardą dłonią pchała ku stronie łóżka. Dokładnie pamiętam jak to jest miesiąc leżeć w tej samej pościeli, słyszeć krzyki przez grubą, szklaną szybę własnego 'niechcenia'. Prośby, błagania... Czuję się tak - jakby zabrano mi wszystkie mocne elementy układanki własnego jestestwa. Pisałam, że jestem harda i jestem... ale przychodzą takie momenty jak ten i czuję, że słowo harda a zahartowana, nie imają się ku sobie. Najchętniej położyłabym się krzyżem i zaczęła gorliwie modlić... ale czy można być wierzącym i polegać na Bogu, a jednocześnie postępować wbrew temu co mówi ogólnie zaprzysiężona retoryka kościoła? Budynek z kilkoma wieżami. Nie wiem czego boję się bardziej. Ale poczucie skruchy jakie mam w sobie jest cholernie mizerne. Czegoś się boję. Śmierdzę tym strachem na kilometr.
Coraz częściej zauważam w sobie mechanizm obronny pod postacią: kołdra + łóżko. Pozwoliłam sobie na to we wrześniu i skończyło się to depresją. Tak... to słowo rzeczywiście ma wielką moc przygwożdżenia człowieka do stelaża. Ma też tą moc, którą słyszysz z tyłu swojej głowy i nie... nie jest to wyrzut sumienia, ten głos to strach, że znów się położysz i prześpisz kolejny miesiąc. Mówią, że to powraca jak zły sąsiad z pretensją dobijający się do twoich drzwi. Mają rację - to dezorganizuje twoje życie w drobny mak, stertę nieposkładanych ubrań walających się po pokoju. Mają też rację, kiedy mówią, że możesz to zwalczyć jeśli będziesz wiedzieć jaką obrać taktykę zmian - ale tu się mylą... można to wiedzieć, ale w końcu trzeba zacząć wdrażać wiedzę w działanie, w innym przypadku ta zaraza siedzi na skraju łóżka i ręką poklepuje materac w geście zwiastującym - nadchodzące.
Znowu się wyłączam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz