czwartek, 13 lutego 2014

Zabawne, że potrafimy wyrosnąć z ludzi równie sprawnie co z ubrań. Zaraz siądę na przeciwko mojej gimnazjalnej walentynki i wiem, że pierwsze co pomyślę pijąc z nim kawę - to, to... że tak bardzo wyrosłam z tych dwóch metrów wzrostu. (...)

Pierwsze co zrobił kiedy mnie zobaczył - naciągnął mi czapkę na głowę, nie znosiłam tego wtedy i nie znosiłam tego teraz, ale przywykłam, że zawsze mnie tak witał. Znowu urósł... Boże czym go w domu karmią, że nie widziałam go tyle lat i znowu, wydaje mi się większy o kilka centymetrów, ale... do tego też przywykłam, że zawsze patrzył na mnie z góry. Więc kiedy usiedliśmy z Dominikiem przy jednym stoliku, poczułam spokój. Że jest czymś co dobrze znałam, ale i przerażenie, że znowu okażę się tym samym podlotkiem co wtedy - to jedno się zmieniło. Kiedy go słuchałam, momentami czułam jakbym prowadziła dialog z samą sobą i uwierzcie... to nie była kwestia tego samego imienia, ale doświadczenia skrajnie podobnego do moich.

Zmienił się. Niepodważalnie się zmienił.

I było dobrze. Być z kimś z kim już się było i nie czuć presji pierwszych rozmów, nie czuć - n i c z e g o.

Ale kiedy wysiadłam z auta i dostałam wiadomość tekstową, że poczuł motylki w brzuchu jak za pierwszą gimnazjalną randką... zemdliło mnie. I mdli mnie do tej pory. Leżę na łóżku i czuję jak wzbiera we mnie niechęć, która burzy spokój mojego żołądka. Więc, z każdą kolejną wiadomością i moim zlodowaciałym słownictwem, czuję, że się oddalam... od Majki.


* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - mdłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz