Kruczoczarny.
Zośka siedzi w samej jego koszuli na krańcu materaca i zachłannie spogląda na swoje ciało, odrzuca zamaszyście burzę loków w tył i płynnym ruchem... opada na pościel. W jej życiu nie było miejsca dla kruczoczarnego, ale to nie oznaczało, że nie było dla niego miejsca w łóżku. Kiedy wczoraj przeszedł przez próg jej drzwi, było to wejście tętniącej pewności siebie zmieszanej z niebywałą - pocieszną radością. Wszystko rozgrywało się swoim tempem...
Poczuła swobodę jakiej dawno nie miała w swoich mięśniach. Kiedy pocałowali się po raz pierwszy, czuła jak zaczyna wariować jej ciało pod naciskiem mężczyzny, o którego zabijały się tłumy - innych - kobiet. Mogłaby go narysować z dokładnością do milimetra wrodzonego uroku. Miał ten szelmowski urok, który kocha się w chłopcach spod ciemnej gwiazdy. Więc... kiedy złapał ją za nadgarstki i podciągnął do góry, wiedziała, że nie miała czego żałować - nowa frywolność...
W pewnym momencie popatrzył na nią wzrokiem, bystrzejszym niż encyklopedia zwartej wiedzy i wycedził przez zaciśnięte zęby: szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej...
Zośka też tego żałowała, gdyby poznała go dwa tygodnie temu sytuacja wyglądałabym z goła... diametralnie inaczej. Miałby miejsce nie tylko między jej udami, ale i w zastępach podświadomości.
Zostały im dwa dni. Dwa dni do jego wyjazdu.
* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - wygody własne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz