Nie wiem, czemu czasem rozmowy z Marcinem nie były proste. Tak jak ta. Nikt nigdy nie wzbudzał we mnie tak ogromnego pola troski i czułości. Momentami nie wiedziałam już w jaki sposób się martwię o niego; tego jednego mężczyzny nie dałabym skrzywdzić nikomu i nikomu - nie dałabym przypiąć do jego postury negatywnej łaty na wybrakowaną marynarkę jego uczuć...
Był dla mnie mężczyzną wybrakowanym. Sponiewieranym przez ostatnie miesiące. Nie wiem, czy znam drugiego człowieka, który byłby odbiciem mojej emocji - on był lustrem, w którym czasem się przeglądałam i różnicowałam. Podnosił mnie i łapał, nawet teraz... nie ma świadomości jaką siłę ma w swoich barczystych ramionach i jakiej siły na przemian, wymaga ode mnie.
Więc kiedy słyszę, tak jak dziś o w pół do drugiej jego śmiech zakrapiany alkoholem w słuchawce mojego telefonu, jest mi lżej. Pamiętam, że jak za drugim razem zobaczyłam go u siebie w mieszkaniu, wypełniło mnie zaufanie i wzmożona chęć opowiadania o tym jak jest naprawdę - zostało tak do dziś. Zmieniło się tylko jedno, zaczęłam bardziej martwić się o jego spokój... niż swój własny. Czy to jest zażyłość troski, która przetrwa kolejne lata? Mam nadzieję.
Są ludzie, których utrata mogłaby... zabrać fundament kolejnego dnia; z kim wisiałabym do późna na telefonie, zadając pytania na które znam odpowiedź... tylko po to, aby usłyszeć ją jeszcze raz, dla pewności, że ta odpowiedź dalej jest niezmienna? Nie pobłażał mi, nigdy. Ale były dni, kiedy stawał się bardziej ludzki i zagarniał mnie do siebie, żeby czuć jak szarpie mną szloch.
Mój przyjaciel, Marcin.
* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - zawsze będzie tą bliską osobą, której obecności nigdy nie będzie mi żal.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz