Majka wyjechała. Nie dzwoni ani do mnie, ani do Zośki. Początkowo chciałam za nią gnać, ale stwierdziłam, że odpoczynek od siebie... Dobrze nam zrobi.
Zośka wyszła na prowadzenie. Zaczęła myśleć, jak mężczyzna i z tą samą precyzją knucia i spiskowania kolekcjonowała ich do pudełka pod łóżkiem. Gdy zapytałam, co jeśli zabraknie miejsca - popatrzyła na mnie i odpowiedziała równie poważnie co ton mojego pytania - a po co mamy śmietnik na podwórzu naszej kamienicy?
Nie rozumiałam co się dzieje, ale czas dla mnie płynął dziwnie spokojnie. Dużo się działo i czułam jak terminy goniły mnie wokół kalendarza... Ale było dziwnie spokojnie w mojej głowie, już drugi dzień unosił się aromat wypieków, zwanych - władza.
Nad czym?
Zośka jechała na spotkanie z kruczoczarnym. Chciał spróbować trzeci raz zjeść z nią kolacje i to miał być... Trzeci raz, kiedy znowu był tłok. Nie było chyba miejsca dla kruczoczarnego, nie więcej niż skrawek krzesła przy barze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz