Kiedy wczoraj zobaczyłam wszystkie kobiece spojrzenia skierowane na Kruczoczarnego, poczułam połechtaną samoświadomość. Widziałam, że Zośka napuszyła się niczym paw... ale i miała ten wyraz twarzy, że gdy siedziała wśród znajomych, co chwile zerkała na jego strefę komfortu. Najbardziej upodobałam sobie momenty, kiedy brał ją za dłoń i szedł w głębie korytarza tylko po to, żeby przywrzeć tymi malinowymi ustami w jej jedwabną twarz. Czuła się tak, jakby miał zcałować z niej cały makijaż. Rozebrać do cna. Obligatoryjnie padało... za dużo słów. Za dużo - co będzie przy trzystu kilometrach. Widziałam po Zośce, że nie chciała wiedzieć i nie chciała planować. To była przygoda na kilka dni, zarezerwowanych kilka dni w mieście, którym egzystencjalnie rzygała.
Uczynił to miasto - na chwilę - milsze w obyciu. Mogła przechadzać się ulicami i dotykać, każdego stopnia własnej powierzchni. Zahartowała się na jeszcze jeden... moment. Kiedy wczoraj doszło do awantury, nijak nie idącej w parze z racjonalnym wyjaśnieniem a afera szarpała Zośką doszczętnie, wybuchła płaczem. Beksa! Pierwszy raz Zośka oddała kontrolę osobie trzeciej i pozwoliła, żeby sytuację zamiótł pod dywan Marcin. Ściskał Zośkę z całych sił, kiedy ona odpychała jego włącznie ze wszechświatem.
Zgubiłam się licząc przy dziesiątym szocie w klubie. Z Zośki zeszło powietrze, które było równie ulotne, co krzyki Kruczoczarnego. I jak zwykle... Olaf.
Wepchnął Zośkę do toalety, odstawił jej drinka na szafkę i mocno złapał za głowę. Trzymał ją tak dłuższą chwilę patrząc w rozzłoszczone źrenice. Wariatka... Złapała go za obie dłonie i wtuliła w nie swój jedwab. Chwilowo. Zaraz potem sięgnęła po drinka i wyszła trzaskając drzwiami. Zostawiła znowu za sobą Olafa. Ale to też - chwilowo. Suma summarum: wyszli z klubu trzymając się za dłonie. Lubiła kiedy ją ściskał ręką pełną opieki, bo godzinny powrót do domu z pijaństwem w nogach... wymagał opieki, ostrożności i bezgranicznej - cierpliwości do tego burdelu słownego. Zaczęło się dziać, kiedy Zośka zebrała się na minuty potoku nęcącej (...) czego?
No po prostu. Leżało jej na wątrobie.
I to jest część, której żadna z nas dwóch nie pamięta a Olaf nie chce nic powiedzieć.
Kiedy doszli do kamienicy zaczęła rozbierać się już na klatce. Szedł cierpliwie i zbierał wszystkie części jej garderoby, tylko po to, żeby później musieć wnieść ją na antresolę. Leżała naga, skurczona jego masywnym ciałem. To też było chwilowe... Leżał i wtulał ją w siebie. Nie pamiętam kiedy wyszedł, zostawiając Zośkę skrytą pod pierzyną. Minął się na klatce z naszymi znajomymi i dał mi - odetchnąć sobą.
Kruczoczarny potrzebował noc, żeby dojść do ładu. Doszedł i się odezwał. Udawali z Zośką, że sytuacja nie miała miejsca... ale Zośka nigdy nie była dobra w udawaniu, wiec to znowu - kwestia "chwili". Trzysta kilometrów - stało się.
Znowu zostałyśmy we dwie. O Majce nie było wieści.
My dwie i potworny kac.
* * *
Pamiętniki człowieczeństwa - co za noc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz